Ironia, hejt, mowa nienawiści – co można, a czego nie wolno tolerować w mediach

W mediach bardzo często spotykamy krytykę poglądów, zachowań czy osób. Opinie te przybierają różne formy i na różne sposoby są przedstawiane. Dziennikarze stosują bezpośrednią polemikę, ironizują, ale także posługują się mową nienawiści i hejtem. To drugie jest oczywiście przekroczeniem etyki dziennikarskiej, które nie powinno mieć miejsca. Dlaczego jednak się zdarza? W obliczu radykalizacji społeczeństw w Europie mamy do czynienia z przyjmowaniem określonych form wyrażania własnego zdania w sposób agresywny jako normalne, akceptowane powszechnie treści. Dla czytelników portalu „Fronda” nie ma nic dziwnego w określaniu homoseksualistów mianem „chorych”, mimo że to sformułowanie nie jest poparte żadnymi potwierdzonymi badaniami medycznymi. W związku z tą kwestią chciałbym także poruszyć w tej pracy odpowiedzi na pytania: dlaczego w ogóle stosuje się mowę nienawiści, jakie ona i hejt powodują skutki oraz jak można przezwyciężać to zjawisko w mediach.

Wielu ludzi słyszących hasło „mowa nienawiści” mówi, że jest to sztuczne pojęcie, za którym nic konkretnego się nie kryje i nazwać w ten sposób można każdą wypowiedź, z którą nie zgadza się jej odbiorca. Nie jest to prawdą. Pojęcie to jest bardzo potrzebne, gdyż zwraca uwagę na problem, jakim jest stosowanie hejtu bezpośredniego lub tego, który kryje się za pseudofilozoficznymi sformułowaniami. Natomiast mowa nienawiści to przede wszystkim wypowiedzi negatywne emocjonalnie, których źródłem powstania są uprzedzenia, a nie fakty. Jest stosowana świadomie lub nieświadomie, ale zawsze źle wpływa na kształt debaty, silnie oddziałuje na psychikę ludzi, których dotyczy i można ją zwalczyć poprzez edukację społeczeństwa w tym zakresie.

Media stanowią czwartą władzę i ich wpływ na życie ludzi jest niewyobrażalny. Dlatego też odpowiedzialność dziennikarzy jest ogromna. Nie powinni oni publikować treści, które w bezpośredni sposób atakują jakąś grupę ze względu na wyznanie, płeć, orientację seksualną zawód, niepełnosprawność i inne cechy, które nie są od niej zależne lub są jedynie w minimalnym stopniu. Zasada ta wydaje się oczywista, jednak — jak już wcześniej wspomniałem — zdarzają się przypadki jej naruszania. A ich kopalnią jest oczywiście polityka. Prawica, stosując hejt oraz mowę nienawiści, próbuje zwalczać lewicowe postulaty i odwrotnie, lewa strona barykady atakuje w sposób niemerytoryczny swoich przeciwników politycznych, odwołując się przy tym do argumentum ad personam w sposób wulgarny czy bluźnierczy.

Siła mediów jest w stanie zmienić sposób myślenia ludzi, odbierania przez nich pewnych grup społecznych lub konkretnych osób. Jeśli dziennikarz A użyje mowy nienawiści do skrytykowania działań prezydenta kraju — czyli zastosuje dobrze znany wszystkim hejt — to wzbudzi u swoich czytelników uczucie odrazy do tego polityka i tym samym narazi go na kolejne, niestosowne komentarze dotyczące jego osoby. Jednakże to samo oburzenie można przedstawić za pomocą merytorycznych argumentów podpartych faktami oraz neutralnego języka. Wtedy czytelnicy nie odbiorą prezydenta jako wroga czy kogoś, komu nie należy się szacunek, a po prostu odniosą się nieprzychylnie do jego zachowania lub poglądów. Oczywiście wcale nie chcę powiedzieć, że dziennikarze ponoszą całkowitą odpowiedzialność za podburzenie społeczeństwa i nienawiść względem określonych grup, ale faktem jest, że mają w tym spory udział, którego nie można lekceważyć. Aktualna sytuacja prowadzi do coraz to większej radykalizacji i zaniku umiejętności debatowania. Bardzo wyraźnie widać to w social mediach czy na forach internetowych, gdzie mowa nienawiści stała się czymś powszechnym, prawie każdy komentarz jest nią podszyty, a najgorsze w tym wszystkim jest to, że ludzie przestali postrzegać ten rodzaj wypowiedzi za niewłaściwy. Warto zauważyć, że istnieje wiele sposobów na dobitne wyrażenie krytyki — nie trzeba do tego wrogich słów — wystarczy umiejętnie zastosowana ironia lub sarkazm, które na przykład świetnie prezentują się w formie memów internetowych, zwracając uwagę odbiorcy i nie wzbudzając w nim nienawiści do krytykowanej osoby. Ludzie piszący artykuły, prowadzący programy telewizyjne czy internetowe i wreszcie udzielający się w social mediach powinni o tym wszystkim pamiętać. Wolność słowa jest wspaniała, jednakże kończy się tam, gdzie zaczyna się naruszanie godności i bezpieczeństwa innego człowieka. Trzeba nauczyć się z niej korzystać.

Oprócz nieświadomego posługiwania się mową nienawiści, które zostało zapoczątkowane na przykład przez wpływ mediów, są też przypadki używania jej w konkretnym celu. Wiele gazet, programów doskonale zdaje sobie sprawę, że popularność i rozgłos można zyskać albo za pomocą kontrowersyjnych komentarzy na dany temat, albo poprzez wzbudzenie uwagi radykalizującego się społeczeństwa i przyciągnięcie go poprzez hejtowanie konkretnych środowisk. Skoro poparcie dla partii prawicowych w Polsce wzrasta, to wielu populistycznych dziennikarzy decyduje się na atakowanie środowisk lewicowych w celu zyskania sympatii „większości”. Skutkiem tego jest przyzwalanie na szykanowanie mniejszości etnicznych, seksualnych i religijnych. Jednakże o tym wypaczeniu rzadko się pamięta, a wina za zły stan rzeczy zrzucana jest na prawicowych radykałów, których liczba w społeczeństwie rośnie. Faktem jest, że ta liczba rośnie właśnie m.in. dlatego, że lekceważy się znaczenie rzucanych przez media komentarzy zawierających mowę nienawiści.

„Tygodnik Powszechny”  — podobnie  jak wspomniana już wcześniej „Fronda” — jest katolicką gazetą, w której wiele artykułów piszą ludzie wierzący, chrześcijanie, a często księża. Różnica pomiędzy nimi jest jednak diametralna. Katolicka inteligencja, która wypowiada się poprzez „Tygodnik Powszechny”, w sposób rzetelny relacjonuje i opiniuje aktualne wydarzenia w kraju. Co za tym idzie, nie posługuje się ona populistycznymi hasłami, a ich twory charakteryzują się poszanowaniem godności każdego człowieka — nawet tego, z którym dziennikarze się nie zgadzają. „Fronda” natomiast zupełnie zgubiła tor etycznego dziennikarstwa i w całości oddała się szerzeniu ideologii opartej na nienawiści, ksenofobii i homofobii. Hipokryzja „portalu poświęconego” — jak sami się określają — sięgnęła maksymalnego stadium. Łamią nie tylko zasady dobrego dziennikarstwa, ale także piszą teksty, które kompletnie nie wpisują się w chrześcijańskie wartości. Teraz najgorsze — to właśnie popularność drugiego portalu-gazety rośnie, natomiast pierwszy boryka się z problemami finansowymi. Obrazuje to skalę problemu oraz spowszechnienia mowy nienawiści.

Walka z hejtem w sieci, mową nienawiści w mediach oraz próba zastąpienia ich jest możliwa jedynie poprzez edukowanie społeczeństwa. To oczywiście zależne jest od władzy, która powinna zająć się problemem i rozpocząć proces uświadamiania obywateli o skutkach szerzenia nienawiści. Warto też zająć się aspektem prawnym zagadnienia, a tym samym karaniem za wypowiedzi agresywne, uderzające w sposób niestosowny w drugiego człowieka. Mówię tutaj przede wszystkim o dziennikarzach, którzy nie mogą wiecznie zasłaniać się wolnością słowa i lekceważyć skutków swoich działań. Ponoszenie przez nich odpowiedzialności prawnej przełoży się na całe społeczeństwo, do którego nie będą już docierać „z góry” podszyte wrogością, pełne uprzedzeń treści.

Tolerowanie mowy nienawiści i hejtu prowadzi do wielu strasznych wydarzeń, które nie objawiają się jedynie zniekształceniem debaty w kraju, ale także bezpośrednimi tragediami, takimi jak samobójstwa osób należących na przykład do mniejszości seksualnych będących na skraju załamania wskutek rosnącej fali agresji i wrogości. Walka z niewłaściwymi treściami w mediach nie jest łatwa, ale może ją toczyć każdy z nas poprzez brak bierności i ciągłe, merytoryczne zwracanie uwagi na problem.

Jak podobał ci się ten tekst?
[Głosów:0    Średnia:0/5]

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *